Słowo na niedzielę: Uczta

Wielu z nas, pielgrzymujących po Ziemi Świętej, wspomina smak tamtejszych potraw. Humus, baklawa i jeszcze wiele wiele innych. Smak oliwy, przypraw… to wszystko podsyca nasze kubki smakowe. A któż nie wspomina organizowanych przez Anis Pol Travel wieczorów w namiocie beduińskim… wspaniała uczta, na którą przyszłoby się choćby zaraz, niech tylko – daj Dobry Panie Boże – skończy się ta wstrętna pandemia (!)

 

Dzisiejszy obraz ewangeliczny ukazuje postawę ludzi, którzy nie chcą się stawić na uczcie królewskiej. Mają inne priorytety, nie mają zamiaru zmieniać swoich planów, stąd też nie są także gotowi na wyrzeczenie prowadzące na ucztę weselną.

 

Można chyba powiedzieć, że człowiek, w którym nie ma gotowości na niesienie swojego „krzyża niewygodnych, wiele kosztujących wyborów”, nie ma szans na ucztowanie w królestwie Bożym. Czy jesteśmy jednak skazani na pójście za ewangelicznymi gośćmi, którzy zlekceważyli zaproszenie?

 

Dobitnym tego dowodem jest chociażby nasza wiedza na temat Eucharystii. Gdybyśmy ją chcieli poznać i pokochać to zapewne w kraju, w którym ponad 90% ludności deklaruje się jako ochrzczeni, w niedzielnej Mszy Świętej nie uczestniczyłoby tylko 30%. Pytanie pojawia się samo: co uczyniliśmy z pragnieniem niedzielnego spotkania z Bogiem? Zgoda, chcemy w Niego wierzyć, bo Go potrzebujemy, ale lękamy się powalczyć z naszym lenistwem, bo tylko zwykła ignorancja i lenistwo!

 

Myślę, że często tego nie rozumiemy, bo z różnych powodów nie odkrywamy sensu tego, co dzieje się w kościele. Nie potrafimy nawet odpowiedzieć na pytanie, dlaczego tu przychodzę: czy jest to jedynie tradycja, obowiązek, przyzwyczajenie, owszem często i potrzeba.

 

Powiemy: przychodzę się pomodlić, bo Eucharystia to modlitwa, a więc okazja do rozmowy z Panem Bogiem. Tyle, że znów coś nie tak, bo w tej rozmowie wszystko jest z góry ustalone: kto, co, kiedy i jak. Więc rodzą się pytania: po co msza, skoro ja wolę sam się pomodlić, osobno, przecież Pan Bóg jest wszędzie, nie tylko na łonie natury, ale i zapewne w hipermarkecie. Dlaczego ktoś, tj. „kościół”, narzuca mi jakieś obowiązki skoro mi to nie pomaga?

 

 

Msza św. to Ofiara Jezusa, Bożego Baranka, który składa z siebie dar Ojcu, by odkupić nasze grzechy. Co więcej ta Jezusowa ofiara domaga się komunii, czyli wspólnoty: Jezus chce byśmy tworzyli jedność, razem składali dzięki Panu Bogu, razem trwali w modlitwie, nie mówi: zrób to sam! To naprawdę najbardziej zaskakujący Boży wynalazek: uczta, ludzi najłatwiej zgromadzić przy jedzeniu. To posiłek – pełniący postawową funkcja potrzebna do życia, to Ofiara z Syna – najodważniejszy dowód miłości „do”.

 

To dowód tryumfu Miłości nad nieposłuszeństwem, a w ten sposób Eucharystia staje się odpowiedzią o sens cierpienia. To w końcu dar „dla”. Dar, który tworzy i ożywia wspólnotę, uczy otwarcia się na drugich. By to lepiej uzmysłowić, w liturgii Mszy św. wyszczególnia się określone części. Wierni przyjmują określone postawy, wykonują gesty, wypowiadają starannie dobrane słowa. To nie show, to nie jakaś spontaniczna akcja. Wszystko to tworzy celebrację, czyli przeżywanie i upamiętnianie najważniejszej prawdy naszej wiary.

 

Wiele można mówić na temat Eucharystii. Tym bardziej należy dziękować Bogu za łaskę Roku Eucharystii, czasu, w którym sami powinniśmy pogłębić naszą wiarę. Dziś powszechnie dostępne są teksty Ojca Św. na ten temat. Można zaangażować się w katechezę, zadbać o pięknie przygotowana liturgię, chociażby kwiaty. Tyle, że jak mantra pojawia się zwrot: decyzja należy do mnie!

 

ks. Bartosz Mitkiewicz, 11.10.2020

Previous ArticleNext Article